Legionisci.com




2016870





23 lutego 1981 roku Kazik podpisał kontrakt z zawodową drużyną piłkarską San Diego Sockers (za 35 tysięcy dolarów). To był początek nowej drogi, ale jednocześnie koniec wielkiej kariery. Od tej pory przez ponad pięć lat mierzył się z amerykańskimi nastolatkami i podstarzałymi piłkarzami z Europy, którzy tak jak on w Stanach Zjednoczonych kończyli swoje kariery lub przebywali tu, by zarobić podczas wakacji. Nadal był gwiazdą, w swoim czasie najbardziej utytułowanym piłkarzem na kontynencie amerykańskim, choć przed nim grali tam Pele, Beckenbauer, Cruyff, Eusebio, Muller i inni. Uchodził za Wielkiego Mistrza, znanego na Starym Kontynencie, a Ameryka miała zawsze kompleks Europy i ceniła wszystko, co z niej pochodziło. Deyna reprezentował kunszt rzadko spotykany. Był konstruktorem i egzekutorem. Grał w North American Soccer League (rozgrywki na normalnych boiskach) i w Major Indoor Soccer League (rozgrywki halowe). Przez pierwsze dwa lata około dziewięćdziesięciu meczów rocznie, czyli mniej więcej dwa razy w tygodniu. Ustanowił wciąż obowiązujący (bo NASL już nie istnieje) rekord. 12 sierpnia 1983 roku, występując w San Diego przeciw Tampa Bay Rowdies, zdobył miano najbardziej produktywnego piłkarza ligi. Strzelił cztery bramki, a pięć kolejnych padło z jego podań. Dało mu to 13 punktów w specyficznej, przypominającej hokejową, klasyfikacji, dzięki czemu pobił o jeden punkt rekord Giorgio Chinaglii z Cosmosu N.Y. Sockersi wygrali 9:1! Znalazł się w jedenastce najlepszych piłkarzy sezonu 1983/84, mając w niej za partnera między innymi Stanisława Terleckiego, wówczas piłkarza Cosmosu i San Jose Earthquakes. Na otwartych boiskach z naturalną i sztuczną trawą grał do końca 1984 roku, nie rezygnując przy tym z sezonu indoor. Później, aż do połowy 1987 grał w piłkę w halach, walcząc o mistrzostwo MISL. Telegram gratulacyjny przysłał mu prezydent Ronald Reagan, a reżyser John Houston zaangażował go do filmu "Victory". U boku Pelego, Bobby'ego Moore'a, Osvaldo Ardilesa, Paula van Himsta oraz aktorów Maxa von Sydowa, Sylvestra Stallone i Michaela Caine Deyna zagrał rolę polskiego żołnierza, więźnia stalagu, członka międzynarodowej drużyny piłkarskiej, ogrywającej Niemców podczas okupacji w Paryżu. Walczył skutecznie. Jego zespół aż pięciokrotnie (najwięcej razy w USA) zdobywał tytuł, a on trzy razy - w latach 1983, 1985 i 1986 do tego się przyczynił.

Ostatni prawdziwie zawodowy mecz o punkty rozegrał 31 maja 1987 roku w Western Division Finals, przeciwko drużynie Tacoma Stars i tę datę należy uznać za oficjalne zakończenie kariery. Miał wtedy już prawie czterdzieści lat. Wtedy też zdobył pożegnalną bramkę. Kazik, który wcześniej nie pił i nie palił w miarę upływu lat coraz częściej zaglądał do kieliszka. Zaczął jeszcze w Anglii, czego nie dało się ukryć, ponieważ policja zabierała mu prawo jazdy za prowadzenie samochodu i drobne wykroczenia drogowe właśnie pod wpływem alkoholu. Widocznie miał swoje powody. Zachwycano się jego umiejętnościami, demonstrowanymi mimo wieku, dziwiono się, że jeszcze w ogóle chce mu się grać. Mieszkał przecież w ładnej willi przy Helen James Avenue, w ogrodzie miał basen, w garażu Cadillaca. Do plaży nad Pacyfikiem pół godziny autostradą. Był w mieście bardzo popularny, choć soccer to nie football, baseball czy koszykówka. Z czasem o coraz większej liczbie sukcesów zaczynał mówić w czasie przeszłym. Grał nie tylko dlatego, że lubił. Grał, bo musiał, nie umiał robić nic innego i stanowiło to jedyne źródło utrzymania. Nic dziwnego, że po zakończeniu kariery prowadził zwykły amerykański business - wakacyjne obozy szkoleniowe dla chłopców od dziewięciu do szesnastu lat. Nazywało się to "KAZ DEYNA WORLD CUP SOCCER CAMPS". Przyłączył się też do innego interesu, założonego przez jego bliskiego kolegę z Sockersów, Niemca Gerta Wieczorkowskiego. Oni dwaj oraz inne gwiazdy zespołu - Julie Veee i Jean Willirch znaleźli się w podobnej sytuacji. Ich miejsca zajęli młodsi, należało coś robić żeby normalnie żyć. Wieczorkowski założył drużynę, czy może klub o nazwie The Legends. Grały w nim niedawne gwiazdy, dziś oldboye, legendy soccera w Kalifornii. Siedziba klubu znajdowała się oficjalnie, ze względów podatkowych, w Tijuanie, już po meksykańskiej stronie granicy, przebiegającej tuż za San Diego. Mieli konkretne plany - tourne po Europie i Ameryce, popularyzujące futbol w wersji europejskiej. Zamierzenia te związane były z mistrzostwami świata w USA i miały otrzymać placet Komitetu Organizacyjnego. Deyna miał więc być kimś w rodzaju agenta reklamowego World Cup 1994. Podobno miał zostać zaangażowany przez amerykańską federację piłki nożnej do pracy z reprezentacją tego kraju jako asystent głównego trenera, ale nigdzie nie potwierdzono tej informacji. Wszystko jednak możliwe. Urodzony koło Karpacza John Kowalski prowadził halową reprezentację USA, a przez pewien czas był asystentem Bory Milutinovića, przygotowującego team do World Cup. Wszystko to, co działo się z Deyną na boisku i coraz częściej na ławce rezerwowych wpływało na jego życie osobiste. Dopóki grał, zarabiał po 45 tysięcy dolarów rocznie plus 500 dolarów premii za każdy wygrany mecz. Dopóki grał. Rozstano się z nim niemal dokładnie w dniu czterdziestych urodzin. Kazik nie lubił się z angielskim trenerem Ronem Newmanem. Na jego wniosek prezydent klubu nie przedłużył umowy z Polakiem. Delegacja piłkarzy na czele z Julie Veee nic nie wskórała. Kiedy dowiedzieli się o tym bossowie Tampa Bay Rowdies natychmiast złożyli mu propozycję - jesteś u nas grającym trenerem na warunkach znacznie lepszych niż miałeś w San Diego. Nie zgodził się, bo nie w smak mu była przeprowadzka z Kaliforni na Florydę. Zaczęły się kłopoty. O jego życiu prywatnym nikt nigdy nie znał całej prawdy, bo Kazik nie czuł najmniejszej potrzeby mówienia o tym komukolwiek. Nawet żona nie wiedziała wszystkiego: - "Nazywała go "Kotem", bo jak kot chodził własnymi ścieżkami. Do kłopotów z pracą doszły następne, niespodziewane. Duża strata finansowa, sięgająca pół miliona dolarów. Ted Miodonski, człowiek któremu ufali przez lata, okazał się nieuczciwy. Znał numery kont bankowych Deynów, obracał ich pieniędzmi, pożyczał ale nie oddawał (osobiście bym go skopał:)." Doszło nawet do procesu sądowego, ciągnął się on jednak latami a zakończył w roku 1994, czyli już po śmierci Kazika. Żona wygrała, ale nic jej to nie dało - Miodonski był już wtedy bankrutem i nie mógł oddać tego, co im zabrał. Wraz z odsetkami była to kwota sięgająca miliona dolarów. W domu nagle zaczęło brakować pieniędzy na życie na poziomie, do jakiego byli przyzwyczajeni. Kazik pił coraz częściej. Pewnie zdawał sobie sprawę, że coś bezpowrotnie się skończyło, a on przestał mieć już na to wpływ. Dyrygował dziesięcioma ludźmi na boisku, ale nie umiał pokierować własnym losem tak, by uniknąć stresów, rozczarowań, a ostatecznie śmierci. Znał go cały świat, każdy chciał uścisnąć mu rękę, opływał w dostatek i nagle, w ciągu kilku miesięcy wszystko się odmieniło. Koniec gry, strata pieniędzy, coraz częstsze podróże do Las Vegas, kończące się porażkami w kasynach, znowu whisky, dziewczyny, kłopoty w domu itd. Nie wytrzymał tego wszystkiego. Nawet kiedy pojechał w lipcu do Danii na europejskie mistrzostwa oldboyów i spotkał się z kolegami sprzed lat, nie mówił nikomu o swoich problemach. Jak dawniej, jak zawsze. Koledzy mówili mu - "KAKA", masz godzinę lotu do Warszawy. Wsiadaj z nami. Nie byłeś w Polsce dziesięć lat. Odpowiedział tylko - "nie mogę". Może nie miał pieniędzy, może były jakieś inne powody. Już się nie dowiemy.

Zginął w nocy, 1 września 1989 roku. Informacje o wypadku dzienniki podały obok swych winiet, a w programie informacyjnym lokalnej telewizji była to pierwsza wiadomość.

Wracał z południa, od strony Meksyku, w kierunku domu, znajdującego się na północ w stosunku do centrum San Diego. Jechał białym, starym Dogem Coltem z 1974 roku, o numerze rejestracyjnym 953 MFCA. Zjeżdżał z Interstate Route 15 przy Miramar Road. Wracał do domu przy 9949 Maya Linda, gdzie kilka tygodni wcześniej się przeprowadził. Żona pozostawała w ich wspólnym do niedawna domu na Helen James Way, syn Norbert uczył się w San Francisco. Na sześciopasmowej autostradzie I-15, na północ od Miramar Road stał samochód ciężarowy Ford F-600, należący do Meksykanina Manuela Vasqueza, zamieszkałego w kalifornijskim San Ysidro. Samochód zepsuł się, więc kierowca zostawił go prawidłowo na prawym skrajnym pasie (awaryjnym), zapalił żółte pulsujące światła i poszedł szukać pomocy. Było już po północy. Ciepło, sucho. Drogę w tym miejscu, w pobliżu skrzyżowania, oświetlały latarnie. Niewielki ruch, żadnych nadzwyczajnych okoliczności. Maksymalna prędkość na tym odcinku drogi wynosiła 55 mil, czyli niecałe 100 kilometrów na godzinę. Kazik znacznie tę granicę przekroczył. Może zasnął, może migające miarowo żółte światła ostrzegawcze trucka wziął za jakieś inne. Jechał tak, jakby niczego przed swoim samochodem nie widział. Jedynie pustą, wolną drogę. Całą siłą jednotonowego Dodge'a uderzył w tył zaparkowanej ciężarówki. Policja nie stwierdziła śladów hamowania. Swoim autem wpadł na stojący samochód przednią prawą stroną. Miał zapięte pasy, ale to mu nie pomogło. Przednia część samochodu została zmiażdżona aż do fotela kierowcy. Kazik nie żył nawet minuty od momentu zderzenia. Była godzina 1.25 w nocy. Zginął na miejscu. Coroner Charles Kelly napisał w raporcie, że przyczyną śmierci były liczne obrażenia głowy, klatki piersiowej a w ślad za nimi także i wewnętrzne. Deputy Medical Examiner John W.Eisele sporządził później pięciostronicowy raport, w którym jako cause of death podaje - multiple injuries. Urazy były tak liczne i widoczne, że Kazik pochowany został z zabandażowaną głową. Zidentyfikowano go na podstawie prawa jazdy, które akurat wyjątkowo trzymał w kieszeni dżinsów, bo zwykle jeździł bez prawa jazdy, oraz okolicznościowego sygnetu. Otrzymał go od prezydenta San Diego Sockers po zdobyciu kolejnego halowego tytułu mistrza Stanów Zjednoczonych. W bagażniku wiózł 22 piłki, którymi tego dnia prowadził trening z małymi chłopcami. W chwili wypadku Kazik miał na sobie dżinsy, włożone na gołe ciało i żółto-czarną letnią koszulkę z krótkim rękawem. Wyraźnie kierował się w stronę zjazdu z autostrady w ulicę Carroll Canyon. Wypadek ze skutkiem śmiertelnym zarejestrowany został w biurze coronera w San Diego pod numerem 89-1902. Deyna określony w nim został jak mężczyzna rasy "caucasian" czyli białej, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Wzrost: 5,10. Waga: 160. W stopach i funtach. Najbardziej prawdopodobną przyczyną zdarzenia wydaje się zaśnięcie.

Pięknie żył. Był dobrym, lubianym człowiekiem. Nie wytrzymał tych zmian. Nie potrafił robić nic innego poza grą. Tylko uczenie dzieci dawało mu satysfakcję. Mówił zawsze: "Mam w życiu jedno marzenie. Kiedy już dobrze się ustawię w tej Ameryce, wrócę do Polski i założę szkółkę piłkarską dla dzieci". Po śmierci żona zawiadomiła kogo się dało. Nie przyjechał nikt.

Nabożeństwo żałobne w klasztorze Karmelitów odprawił w języku angielskim i polskim ksiądz Marian Sikorski. Trumnę wniosło sześciu żołnierzy gwardii honorowej Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Kazimierz Deyna nie zmienił obywatelstwa, był jednak porucznikiem Wojska Polskiego, przysługiwało mu więc prawo do pogrzebu z honorami wojskowymi. Odegrano hymn amerykański a po nim polski. puszczono płytę z ulubioną piosenką Kazika w wykonaniu Elvisa Presleya - "Memories". Msza trwała godzinę. Za trumną siedziała Mariola z szesnastoletnim Norbertem. Byli piłkarze z San Diego Sockers, wśród nich reprezentanci USA - Fernando Clavijo, Hugo Perez i Brian Quinn. Przyszli Polacy zamieszkali w San Diego i ubrani w biało-czerwone stroje chłopcy, których uczył. Żegnało go około stu osób, chociaż przez całe życie oklaskiwały setki tysięcy. Pochowany został na cmentarzu El Camino Memorial Park, w podwójnej trumnie - miedzianej i z drewna wiśniowego. Nie skremowane zwłoki mogą być w każdej chwili przewiezione do Polski. Na razie są tam, gdzie mieszka żona i syn. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 9 września 1989 roku. W Polsce zaczynał się 10 września, kolejna rocznica zdobycia przez reprezentację Polski złotego medalu olimpijskiego. Dzień Piłkarza...

W miesiąc po wypadku zespół San Diego Sockers, złożony z kolegów Kazika, rozegrał mecz, z którego dochód przekazano żonie i synowi zmarłego. Norbert miał na sobie koszulkę ojca, ponieważ w tym jednym meczu zastępował go na boisku. Numer 10, z nazwiskiem Deyna na plecach.

Dwa lata później, w listopadzie 1991 roku, w przerwie meczu Sockersów z Baltimore Blast, odbyła się w hali Sports Arena ceremonia przekazania do galerii sławy klubu koszulek dwóch piłkarzy. Pierwszym był grający z numerem 15 Jean Willrich, piłkarz niemieckiego pochodzenia, urodzony w Koblencji, drugim Kazimierz Deyna. Ich koszulki zostały oprawione w specjalne passe-partout, przykryte szkłem i powieszone na ścianie sali, w której odbywają się posiedzenia zarządu. Od tamtej pory nikt z numerem 10 w San Diego Sockers nie gra. Z okazji tej uroczystości klubowa i południowa kalifornijska prasa przypomniała sylwetkę polskiego piłkarza. Wyliczono jego sukcesy w Polsce i świecie, rozegrane mecze i strzelone gole. Założyciel Sockersów, Bob Bell, przypomniał, że sukcesy klubu nie byłyby możliwe bez Polaka. Żona i syn byli honorowymi gośćmi uroczystości, którą w hali oglądało 10.293 kibiców. Los Angeles miało swojego Magica Johnsona, a San Diego Magic Kaz Deyne.

Reprezentant Stanów Zjednoczonych, uczestnik World Cup'94, kolega i uczeń Deyny - Fernando Clavjio powiedział o nim: "Nie sądzę bym kiedykolwiek widział piłkarza, który podawałby piłkę lepiej niż Kazzie".

Gert Wieczorkowski powiedział: " W San Diego nigdy nie grał nikt lepszy od Kazia".

Jedno ze wspomnien o Deynie klubowy magazyn "Sockers Today" opatrzył tytułem: "Kaz Deyna was a Legend for Soccers and Sockers". "Nie wiemy czy w niebie gra się w piłkę nożną. Jeśli tak można mieć pewność, że The Magician Kazzie w niebieskiej drużynie nosi na rękawie kapitańską opaskę".

Kochany przez miliony kibiców, nie miał prawdziwych przyjaciół i specjalnie o to nie dbał. Pozostały tylko wspomnienia i żal, że nie poszedł drogą, którą dziś idą jego partnerzy z boiska. Jeszcze dziś pewnie pokazałby młodym jak strzelić gola prosto z rzutu rożnego.

Nigdy wcześniej nie było, nie ma, i długo nie będzie w Polsce takiego dyrygenta, mózgu zespołu, jakim był Kazimierz Deyna. Deyna potrafił wszystko!!!

Autor: Stefan Szczepłek
Źródło: książka "Deyna"

Przy tworzeniu biografii wykorzystano część materiałów Wiktora Bołby z Naszej Legii.

2004-2019 © Ciniak. Projekt i realizacja: legionisci.com. Wszelkie prawa zastrzeżone.